Pływające hotele

Chyba każdy z nas marzył kiedyś o tym, aby popłynąć w daleki rejs, gdy dookoła horyzontu nie ma nic – tylko fale i bezkres oceanu. Niejeden z nas pamięta historie, gdy babcie i ciocie opowiadały o polskim wycieczkowcu Batorym i wystawnych balach, które się na nim odbywały. Wszystkie te wspomnienia i magia „wielkiej wody” wpływają na to, że ludzie coraz częściej decydują się na dalekie rejsy wycieczkowe.

Z doświadczenia wiem, że ludzie nie mają pojęcia, co naprawdę się na takim statku robi i po co w ogóle inwestować czas i pieniądze w taką formę wypoczynku. Zacznijmy od tego, że statek wycieczkowy jest prawie jak obiekt hotelowy, z tą drobną różnicą, że dodatkowo przemieszcza się po większych akwenach wodnych (czasem też kanałach i rzekach). Na takim statku znajduje się praktycznie wszystko, czego dusza zapragnie – od niezliczonej ilości barów, restauracji, kafejek poprzez spa, siłownie, kasyno czy zajęcia jogi, kończąc na luksusowych sklepach wolnocłowych i aukcjach sztuki.

Linie wycieczkowe dbają, aby pasażerowie czuli się wyjątkowo. Każdy gość takiego statku ma przypisane własne miejsce przy stole w głównej restauracji, jak i godzinę, o której odbywa się każdego dnia kolacja. Ponadto na większości statków pokój sprząta cały czas ta sama osoba z obsługi (jeśli zajdzie taka potrzeba – nawet trzy razy dziennie) dając gościom poczucie komfortu i luksusu. Wartością dodaną takiego rejsu jest możliwość zwiedzenia dużej ilości miejsc w relatywnie krótkim czasie. Przykładem tu może być tygodniowy rejs po Morzu Śródziemnym, gdzie zwiedzimy cztery różne miasta portowe w czterech różnych państwach – za każdym razem śpiąc w tym samym łóżku. Co więcej, jeżeli zdecydujemy się na opcję” all-inclusive”, będziemy również mogli rozkoszować się drinkami bez limitu.

Pomimo kilku niewątpliwych wad, jak ograniczona przestrzeń statku oraz często dość wysoka cena tego typu wakacji – szczerze polecam je każdemu. Uważam, że warto chociaż raz w życiu doświadczyć wakacyjnego wypoczynku w wielkim, pływającym hotelu.